Wsiadając
do samochodu planowaliśmy pojechać w zupełnie inne miejsce. Pomysł, aby
odwiedzić Chamonix był spontaniczny, bo skoro przejechaliśmy już pięćdziesiąt
kilometrów, to dlaczego nie mielibyśmy dołożyć jeszcze czterdziestu i cieszyć
oko cudownymi widokami ośnieżonych szczytów.
Julia całą drogę smacznie spała, więc tym bardziej
utwierdziła nas w przekonaniu, że podjęliśmy dobrą decyzję. Na miejscu
przywitała nas piękna pogoda – bezchmurne niebo, ciepłe słońce, do tego 20
stopni Celsjusza. Kto by pomyślał, że to już listopad? Gdyby nie burczenie w
brzuchu, które przypomniało nam, że to pora lunchu (tak, po tych kilku
miesiącach na obczyźnie staliśmy się trochę francuscy i jadamy lunch!), pewnie
do dzisiaj stalibyśmy i wpatrywali się z rozdziawionymi ustami w jakże przepiękne
widoki. Zwabieni zapachem grilla, skusiliśmy się na burgery. Wybór okazał się
strzałem w dziesiątkę, gdyż okazały się najlepszymi burgerami, jakie
kiedykolwiek jedliśmy. Połączenie kurczaka z grillowanymi bekonem i ananasem, z
dodatkiem podsmażonej cebulki i sosem BBQ, powoduje, że na samą myśl moje
ślinianki zaczynają pracować na zwiększonych obrotach. Wołowinie, z grillowanym
boczkiem, cheddarem, ogórkiem kiszonym i smażoną cebulką polanej ketchupem i
musztardą, którą wybrał Patryk, również niczego nie brakowało. A do tego
cudowny widok na Mont Blanc… Żyć, nie umierać.
Po posiłku przyszedł czas na zwiedzanie miasta.
Przechadzaliśmy się urokliwymi uliczkami, nad którymi góruje lodowiec. Sama
miejscowość nie należy do wielkich, zamieszkuje ją niespełna dziesięć tysięcy
mieszkańców. Ze względu na otoczenie jest bardzo lubiana przez narciarzy i
alpinistów, a w 1924 roku odbyły się tu pierwsze Zimowe Igrzyska Olimpijskie.
Spacer głównym deptakiem trochę przypominał mi sopocki Monciak
czy Krupówki w Zakopanym – restauracja koło restauracji, pomiędzy nimi sklepiki
z lokalnymi produktami oraz ekskluzywnymi butikami, do tego morze turystów. Już
dawno nie słyszałam dookoła siebie tak często innego języka niż francuski.
Jednak
jak nie trudno się domyślić, to nie miasteczko stanowi główną atrakcję
turystyczną. L’Aiguille du Midi położony na wysokości 3842 metrów npm stanowi
rewelacyjny punkt widokowy na Mont Blanc, do którego nadal jest osiem kilometrów.
Na szczyt wjeżdża się kolejką linową uruchomioną w 1955 roku - Téléphérique de
l'Aiguille du Midi, właśnie z Chamonix.
Cena takiego wjazdu nie należy do
najniższych, gdyż za bilet normalny w dwie strony trzeba zapłacić aż 57 euro,
jednak widoki i wrażenia temu towarzyszące zdecydowanie warte są tej ceny. Po
około 20 minutach drogi znajdujesz się na ‘dachu Europy’ i możesz zrobić ‘krok
w nicość’ – wejść do szklanej kabiny położonej bezpośrednio nad przepaścią.
![]() |
http://www.chamonix.net |
My
niestety nie mogliśmy tego doświadczyć osobiście. Ze względu na wysycenie tlenu
w powietrzu i różnicę temperatury, nie można wjeżdżać z dziećmi poniżej roku. Ale
jak to się mówi, co się odwlecze… Wrócimy tam z Julką i przynajmniej będzie to
pamiętała, a nie tylko znała ze zdjęć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz