wtorek, 10 listopada 2015

CHAMONIX-MONT-BLANC

Wsiadając do samochodu planowaliśmy pojechać w zupełnie inne miejsce. Pomysł, aby odwiedzić Chamonix był spontaniczny, bo skoro przejechaliśmy już pięćdziesiąt kilometrów, to dlaczego nie mielibyśmy dołożyć jeszcze czterdziestu i cieszyć oko cudownymi widokami ośnieżonych szczytów.



Julia całą drogę smacznie spała, więc tym bardziej utwierdziła nas w przekonaniu, że podjęliśmy dobrą decyzję. Na miejscu przywitała nas piękna pogoda – bezchmurne niebo, ciepłe słońce, do tego 20 stopni Celsjusza. Kto by pomyślał, że to już listopad? Gdyby nie burczenie w brzuchu, które przypomniało nam, że to pora lunchu (tak, po tych kilku miesiącach na obczyźnie staliśmy się trochę francuscy i jadamy lunch!), pewnie do dzisiaj stalibyśmy i wpatrywali się z rozdziawionymi ustami w jakże przepiękne widoki. Zwabieni zapachem grilla, skusiliśmy się na burgery. Wybór okazał się strzałem w dziesiątkę, gdyż okazały się najlepszymi burgerami, jakie kiedykolwiek jedliśmy. Połączenie kurczaka z grillowanymi bekonem i ananasem, z dodatkiem podsmażonej cebulki i sosem BBQ, powoduje, że na samą myśl moje ślinianki zaczynają pracować na zwiększonych obrotach. Wołowinie, z grillowanym boczkiem, cheddarem, ogórkiem kiszonym i smażoną cebulką polanej ketchupem i musztardą, którą wybrał Patryk, również niczego nie brakowało. A do tego cudowny widok na Mont Blanc… Żyć, nie umierać.




Po posiłku przyszedł czas na zwiedzanie miasta. Przechadzaliśmy się urokliwymi uliczkami, nad którymi góruje lodowiec. Sama miejscowość nie należy do wielkich, zamieszkuje ją niespełna dziesięć tysięcy mieszkańców. Ze względu na otoczenie jest bardzo lubiana przez narciarzy i alpinistów, a w 1924 roku odbyły się tu pierwsze Zimowe Igrzyska Olimpijskie.





Spacer głównym deptakiem trochę przypominał mi sopocki Monciak czy Krupówki w Zakopanym – restauracja koło restauracji, pomiędzy nimi sklepiki z lokalnymi produktami oraz ekskluzywnymi butikami, do tego morze turystów. Już dawno nie słyszałam dookoła siebie tak często innego języka niż francuski. 





Jednak jak nie trudno się domyślić, to nie miasteczko stanowi główną atrakcję turystyczną. L’Aiguille du Midi położony na wysokości 3842 metrów npm stanowi rewelacyjny punkt widokowy na Mont Blanc, do którego nadal jest osiem kilometrów. 


Na szczyt wjeżdża się kolejką linową uruchomioną w 1955 roku - Téléphérique de l'Aiguille du Midi, właśnie z Chamonix. 




Cena takiego wjazdu nie należy do najniższych, gdyż za bilet normalny w dwie strony trzeba zapłacić aż 57 euro, jednak widoki i wrażenia temu towarzyszące zdecydowanie warte są tej ceny. Po około 20 minutach drogi znajdujesz się na ‘dachu Europy’ i możesz zrobić ‘krok w nicość’ – wejść do szklanej kabiny położonej bezpośrednio nad przepaścią.

http://www.chamonix.net
My niestety nie mogliśmy tego doświadczyć osobiście. Ze względu na wysycenie tlenu w powietrzu i różnicę temperatury, nie można wjeżdżać z dziećmi poniżej roku. Ale jak to się mówi, co się odwlecze… Wrócimy tam z Julką i przynajmniej będzie to pamiętała, a nie tylko znała ze zdjęć.