Nie
wiem jak długo jeszcze zostaniemy we Francji, więc staramy się jak najbardziej
wykorzystać ten czas. Tym razem zdecydowaliśmy się na trochę dalszą podróż, a
mianowicie Dijon, które ma do zaoferowania zdecydowanie więcej niż tylko musztardę.

Po trzech godzinach drogi, pokonaniu trzystu kilometrów,
byliśmy na miejscu. Julia jest cudownym dzieckiem – połowę drogi przespała,
drugą część spędziła na podgryzaniu żyrafy Sophie. Jeżeli chodzi o hotel, w
którym się zatrzymaliśmy, to lepszej lokalizacji nie moglibyśmy sobie
wyobrazić. W samym centrum Starego Miasta, jednocześnie z dala od
wielkomiejskiego zgiełku. Pokój, co prawda był mały, ale czysty, schludny i
urządzony z gustem. Hotel de Paris, Avenue Maréchal Foch - jakby ktoś kiedyś
potrzebował.
Pierwszego dnia ograniczyliśmy się do krótkiego spaceru. Na
chybił trafił wybieraliśmy uliczki, którymi szliśmy przed siebie, bez większego celu. Trochę miejscowości
już w swoim życiu widzieliśmy i trzeba przyznać, że Stare Dijon należy do
jednego z ładniejszych i lepiej zachowanych miejsc. Ulice są czyste, kamienice
nie są obdrapane czy pomazane graffiti, nie widać odchodzącej z budynków farby.
Do tego piękne kompozycje kwiatowe... Ale to chyba nie jest niczym wyjątkowym we
Francji :)
Kolejny dzień był dużo bardziej intensywny. Wzdłuż ulic Starego
Miasta znajdują się małe, miedziane strzałki z wizerunkiem sowy, prowadzące do
większych tabliczek (w sumie jest ich dwadzieścia dwie). W ten sposób zaznaczone zostały najciekawsze zabytki w
Dijon. Podążanie za sówkami, poza pewnością, że zobaczymy to co najważniejsze,
jest również świetną zabawę (nie tylko dla dzieci). Nie raz zdarzyło nam się szukać strzałek przykrytych liśćmi czy biegnących pomiędzy stolikami 'ogródków' restauracyjnych. Wbrew pozorom, takie zwiedzanie zajmuje trochę czasu, zwłaszcza gdy chce się dokładniej obejrzeć zaznaczone atrakcje.
 |
http://www.appartspa21.com/#!tourisme-anglais/c244x - długość trasy to około pięć kilometrów |
A oto kilka zdjęć:
 |
Place Darcy |
 |
Place Darcy - Brama Wilhelma |
 |
Place Francois - Rude |
 |
Place Francois - Rude |
 |
Kościół Notre-Dame |
 |
Kościół Notre-Dame |
 |
Kościół Św. Michała |
 |
Pałac Książąt Burgundzkich |
 |
Pałac Książąt Burgundzkich |
Nie mogłabym nie wspomnieć o słynnej musztardzie z Dijon. Praktycznie
na każdym kroku można znaleźć sklepiki sprzedające ją w przeróżnych
kompozycjach smakowych – naturalną, z dodatkiem estragonu, piernika (z którego
również słynie Dijon), czarnej porzeczki, pieprzu, itd. Osobiście uważam, że zamiast kupować ją na pierwszym lepszym straganie, zdecydowanie lepszą opcjią jest odwiedzenie
firmowego sklepu Edmond Fallot, gdzie można zapoznać się z techniką produkcji
musztardy, posmakować różnych smaków, aby w końcu kupić tą, która najbardziej nam
odpowiada.




Po tak intensywnie spędzonym dniu przyszedł czas na zasłużony
relaks. I tutaj z czystym sumieniem mogę polecić kolejne miejsce, a mianowicie
Creperie Les Moilins Bleus, nieopodal kościoła Notre-Dame. Ciekawe menu, miła
obsługa i klimat lokalu, a same dania bardzo smaczne – na tyle smaczne, że
zamówione przez nas potrawy już doczekały się swoich ‘domowych wersji’ (ale o
tym może w osobnym wpisie).
 |
Creperie Les Moilins Bleus |
 |
Salade Baltique, Galette Torino i Galette Saison
|
Ostatni już dzień poświęciliśmy na zakupy i powrót do
Annecy.
Zanim sama zostałam rodzicem, wiele razy słyszała, że z
małym dzieckiem nigdzie nie można pojechać. Jako argumenty podawano między
innymi liczbę dodatkowych rzeczy do spakowania czy samo dziecko, które swoimi
humorami z całą pewnością zepsuje taki wyjazd. Moim zdaniem nie ma nic bardziej
mylnego. Z dzieckiem również można podróżować, czego dowodem są nasze mniejsze
czy większe wojaże, na których nie zamierzamy poprzestać. Ale aby tak było,
trzeba mieć odpowiednie nastawienie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz